Wysoki obrót często daje złudne poczucie bezpieczeństwa. Wiele firm e-commerce chwali się rosnącą sprzedażą, nie zauważając, że część produktów – mimo świetnych wyników ilościowych – realnie obciąża rentowność całego biznesu. To klasyczny problem „fałszywych bestsellerów”: produktów, które sprzedają się dobrze, ale systematycznie niszczą marżę.
W tym artykule pokażę, jak krok po kroku zidentyfikować takie produkty i jakie decyzje biznesowe warto wobec nich podjąć.
Jednym z najbardziej kosztownych błędów w e-commerce jest traktowanie obrotu (przychodu ze sprzedaży) jako synonimu zysku. Obrót mówi tylko, ile „przeszło przez kasę”, ale nie odpowiada na pytanie, ile realnie zostało w firmie po pokryciu wszystkich kosztów. W praktyce sklep może rosnąć sprzedażowo, a jednocześnie stać w miejscu finansowo lub nawet tracić płynność, bo koszty rosną szybciej niż przychody, a marża jest „niewidzialna” w raportach, które nie uwzględniają pełnego rachunku rentowności.
Jeżeli w raportach dominują wskaźniki typu „sprzedaliśmy więcej”, a w banku nadal brakuje oddechu, to jest to klasyczny scenariusz: sklep sprzedaje, ale nie zarabia. Warto od razu uporządkować pojęcia:
Obrót/przychód: suma wartości sprzedaży (często brutto) w danym okresie.
Marża brutto: przychód minus koszt zakupu towaru (COGS).
Zysk operacyjny: marża minus koszty operacyjne (logistyka, obsługa, narzędzia, magazyn, zwroty, reklama, prowizje marketplace).
Zysk netto: to, co zostaje po wszystkich kosztach i podatkach (w uproszczeniu: realny „wynik firmy”).
W wielu sklepach codzienny „dashboard” to:
liczba zamówień,
wartość sprzedaży brutto,
pozycja produktu w rankingu bestsellerów,
dynamika wzrostu miesiąc do miesiąca,
ruch na stronie i konwersja,
ROAS z reklam (często bez marży i kosztów operacyjnych).
To są wskaźniki ilościowe i wzrostowe, a nie rentownościowe. Mogą być przydatne operacyjnie, ale nie powinny być podstawą decyzji o budżetach, asortymencie czy cenach. W praktyce często prowadzą do decyzji typu: „ten produkt jest hitem, więc dokładamy reklamy”, mimo że hit może działać jak „przepompownia obrotu”, która nie buduje wyniku.
Produkt, który:
sprzedaje się często,
generuje wysoki obrót,
regularnie pojawia się w TOP sprzedaży,
automatycznie dostaje etykietę „kluczowy”. W konsekwencji:
rośnie mu budżet reklamowy,
jest traktowany jako punkt odniesienia cenowego („lider cenowy”),
dostaje priorytet w dostępności magazynowej,
bywa „ciągnięty” kosztem innych produktów.
Tymczasem ten sam produkt może jednocześnie:
mieć minimalną marżę jednostkową (lub marżę „na styk”),
sprzedawać się głównie dzięki płatnej reklamie i wysokiemu CPC,
generować ponadprzeciętne koszty pakowania i logistyki (gabaryt, delikatny towar, dodatkowe wypełniacze),
powodować wiele zwrotów lub reklamacji,
mieć niekorzystne dopłaty/prowizje (np. marketplace, płatności, programy dostaw).
Z perspektywy finansowej sklep „kręci sprzedaż”, ale nie akumuluje kapitału: robi się coraz więcej pracy, rośnie skala operacji, a wynik nie rośnie proporcjonalnie. Co gorsza, przy szybkim wzroście łatwo „zamrozić” gotówkę w towarze i marketingu, a to uderza w płynność.
Fałszywy bestseller to produkt, który wygląda świetnie w raportach sprzedaży, ale jest słaby w rachunku zysków. Zwykle:
podnosi obrót i liczbę transakcji,
generuje ruch (np. z Allegro/Ads/Google),
buduje „poczucie wzrostu” w firmie,
ale jednocześnie:
nie buduje zysku lub buduje go symbolicznie,
pochłania zasoby operacyjne (pakowanie, obsługa, zwroty),
obciąża obsługę klienta (pytania, reklamacje, doprecyzowania),
„finansuje się” marżą innych SKU (zysk z kilku produktów jest zjadany przez jeden hit).
Sygnały ostrzegawcze (checklista):
produkt ma wysoki udział w obrocie, ale niski udział w marży,
po dołożeniu budżetu reklamowego obrót rośnie, a zysk stoi,
koszt zwrotów/reklamacji dla produktu jest ponad średnią,
produkt często wymusza rabaty/kupony, żeby utrzymać sprzedaż,
towar generuje duże koszty pakowania lub dopłat logistycznych,
w topce sprzedaży jest stale, ale w finansach „nie widać efektu”.
Jeżeli rozpoznajesz ten wzorzec, w praktyce oznacza to, że optymalizujesz biznes pod wolumen, a nie pod rentowność.
Ten błąd narasta wraz ze skalą. Przy małym wolumenie:
„wycieki” są rozproszone i trudne do zauważenia,
koszty operacyjne są jeszcze względnie niskie,
właściciel jest w stanie ręcznie „ratować” procesy.
Przy większym wolumenie pojawiają się koszty, które rosną lawinowo:
prowizje i dopłaty marketplace,
budżet reklamowy (i jego niewidoczne marnotrawstwo),
zwroty, obsługa zapytań, reklamacje,
koszt pracy zespołu i błędy operacyjne,
koszt opakowań, etykiet, kurierów, magazynu,
koszt utrzymania narzędzi, integracji i procesów.
Produkt, który „na początku się spinał”, przy większej skali często zaczyna systemowo niszczyć rentowność. Wtedy każdy kolejny miesiąc wzrostu jest paradoksalnie coraz bardziej obciążający.
Właściciel widzi:
więcej zamówień,
więcej paczek,
więcej klientów,
ale jednocześnie:
mniejszy zysk na koniec miesiąca,
brak środków na rozwój i inwestycje,
rosnącą presję kosztową i frustrację zespołu.
To jest sytuacja, w której biznes:
rośnie operacyjnie,
cofa się finansowo.
W skrócie: obrót jest wskaźnikiem aktywności sprzedażowej, a nie wyniku finansowego. Jeśli chcesz podejmować trafne decyzje, musisz przejść na myślenie w kategoriach: zysk per produkt (SKU), zysk per zamówienie, zysk per kanał oraz koszt obsługi i reklamy przypisany do konkretnych transakcji.
Zdefiniuj rentowność jednostkową: marża zł/szt. i marża % po odjęciu prowizji i kosztu dostawy.
Dolicz koszty, które „zjadają marżę”: reklama, zwroty, opakowania, dopłaty logistyczne, obsługa.
Oceń produkty w macierzy: wysoki obrót/wysoka marża vs. wysoki obrót/niska marża (tu zwykle kryje się fałszywy bestseller).
Przestaw decyzje budżetowe: promuj nie to, co sprzedaje się najczęściej, tylko to, co realnie finansuje firmę.
„Skoro ROAS jest dobry, to czemu nie ma zysku?” Bo ROAS to relacja przychodu do kosztu reklamy, często bez prowizji, zwrotów, logistyki i marży.
„Czy warto trzymać produkt niskomarżowy jako generator ruchu?” Czasem tak, ale tylko gdy masz policzony koszt pozyskania i realny dosprzedaż/cross-sell oraz gdy procesy nie są przez niego przeciążane.
„Na co uważać w marketplace?” Na prowizje, dopłaty, programy dostaw, koszt zwrotów oraz budżet Ads, który może pompować obrót bez budowania wyniku.
W praktyce najbezpieczniejszy punkt startu to uporządkowanie danych o rentowności i kosztach oraz wyłapanie SKU, które generują obrót, ale niszczą marżę. Jeżeli w Twoim sklepie ten problem powtarza się cyklicznie, warto też sprawdzić, czy działania marketingowe i reklamowe nie są prowadzone „pod sprzedaż”, zamiast „pod wynik”.
Drugim – i w praktyce najważniejszym – krokiem w ocenie rentowności produktów jest odejście od marży „na papierze”. Marża katalogowa (prosta różnica między ceną zakupu a ceną sprzedaży) daje tylko pozorne poczucie kontroli, bo nie uwzględnia kosztów, które realnie „zjadają” zysk: prowizji, reklam, logistyki, zwrotów czy rabatów. W efekcie właściciel widzi „40% marży”, rosnący obrót i dobrą sprzedaż, a mimo to wynik finansowy stoi w miejscu.
W e-commerce marża katalogowa bywa użyteczna jako punkt startowy, ale nie ma wartości decyzyjnej, jeśli nie jest przeliczona na warunki rzeczywiste: kanał sprzedaży, koszt pozyskania klienta, poziom zwrotów i obciążenie operacyjne. Szczególnie w modelu wspieranym reklamą łatwo wpaść w pułapkę pozornego zysku – nawet „ładne” wyniki kampanii nie oznaczają opłacalności, jeśli ROAS, ROI i CAC nie są analizowane w kontekście pełnego kosztu sprzedaży.
Marża katalogowa z definicji pomija to, co w e-commerce robi największą różnicę:
nie uwzględnia kosztów sprzedaży (prowizje, płatności, narzędzia, obsługa),
ignoruje kanał dystrybucji (sklep, Allegro, inne marketplace mają inne opłaty i ryzyka),
nie pokazuje wpływu marketingu i logistyki (Ads, dopłaty gabarytowe, zwroty),
nie odzwierciedla skali operacyjnej (im większy wolumen, tym więcej kosztów „ukrytych” w procesie).
To dlatego produkt może mieć:
30% marży „na papierze”,
wysoką sprzedaż i dobrą rotację,
świetne statystyki w raporcie,
A mimo to generować zysk bliski zeru lub wręcz stratę, gdy doliczysz koszty towarzyszące. W praktyce to nie produkt jest problemem – problemem jest sposób, w jaki firma liczy opłacalność.
Marża realna to marża liczona na poziomie pojedynczego SKU, która uwzględnia pełen koszt doprowadzenia produktu do sprzedaży oraz obsługi klienta. To jest wskaźnik, na podstawie którego podejmuje się decyzje o:
budżetach reklamowych,
polityce cenowej,
promowaniu konkretnych produktów,
roli produktu w asortymencie (lider, cross-sell, upsell, produkt sezonowy),
eliminacji produktów „marżobójczych”.
W praktyce, aby policzyć marżę realną, od ceny sprzedaży odejmujesz wszystkie koszty przypisane do sprzedaży tego SKU.
Koszt zakupu produktu (COGS)
cena dostawcy,
transport, cło, opłaty importowe,
koszty opakowań zbiorczych i przygotowania towaru do sprzedaży.
Prowizje marketplace i operatorów płatności
prowizje platformy (np. marketplace),
opłaty za płatności (PayU, Przelewy24, PayPal),
dopłaty i programy sprzedażowe (jeśli występują).
Koszty reklam przypisane do SKU
kampanie produktowe,
oferty sponsorowane,
koszt kliknięć i sprzedaży z Ads.
Koszt pakowania i wysyłki
kartony, wypełnienie, taśmy, etykiety,
robocizna (czas pakowania),
kurier, dopłaty gabarytowe, dopłaty strefowe.
Obsługa zwrotów i reklamacji
transport w dwie strony (jeśli po Twojej stronie),
praca magazynu i obsługi klienta,
koszt uszkodzeń, braków, utraty wartości towaru.
Rabaty, kupony i mechanizmy promocyjne
obniżki cen,
kupony,
gratisy,
programy lojalnościowe i cashback.
Dopiero po zsumowaniu tych elementów widzisz, czy produkt realnie dokłada się do wyniku finansowego. W środowisku marketplace to szczególnie krytyczne, bo opłaty i prowizje potrafią zmienić „dobrą marżę” w wynik bliski zera – dlatego warto regularnie liczyć marżę z uwzględnieniem opłat i kontrolować, czy oferta nie stała się nieopłacalna.
Załóżmy produkt sprzedawany za 100 zł:
koszt zakupu: 60 zł
marża katalogowa: 40 zł (40%)
Po doliczeniu kosztów:
prowizja marketplace / opłaty: 10 zł
reklama: 12 zł
wysyłka i pakowanie: 8 zł
średni koszt zwrotów/reklamacji: 4 zł
Marża realna: 6 zł (6%)
Na takim poziomie marży realnej ryzyko jest strukturalne:
jeden błąd logistyczny (np. źle spakowana paczka) potrafi wyzerować zysk,
jedna reklamacja może generować stratę,
wzrost kosztów Ads lub prowizji natychmiast „przebija” produkt na minus.
To ważna lekcja: produkt może wyglądać świetnie w obrocie, ale być finansowo kruchy. A im większy wolumen, tym szybciej ta kruchość staje się problemem całej firmy.
Każdy sklep powinien mieć zdefiniowany minimalny próg marży realnej, poniżej którego produkt przestaje być zdrowy finansowo. Ten próg to Twoja „linia obrony” przed skalowaniem strat.
Najczęściej spotykane poziomy (orientacyjnie):
10% – absolutne minimum (wysokie ryzyko, mały margines na błędy),
15–20% – bezpieczny poziom operacyjny,
25%+ – przestrzeń na skalowanie, testy reklamowe i rozwój.
Nie chodzi o to, żeby każdy produkt miał 25%+. Chodzi o to, żebyś wiedział, które produkty są:
filarem zysku,
„ruchem” (ale kontrolowanym),
ryzykiem, które trzeba ograniczyć.
Jak reagować, gdy SKU spada poniżej progu? - Produkty, które mają wysoki obrót, ale marża realna spada poniżej minimum, powinny automatycznie trafić na listę do działań:
korekta ceny (podniesienie ceny, zmiana progów rabatowych),
ograniczenie reklam lub zmiana strategii kampanii,
zmiana roli produktu (np. cross-sell zamiast głównego nośnika sprzedaży),
renegocjacja kosztów (dostawca, logistyka, opakowania),
eliminacja z oferty, jeśli produkt systemowo nie dowozi.
Wielu sprzedawców patrzy na:
średnią marżę sklepu,
wynik całego kanału sprzedaży,
ogólną rentowność miesiąca.
To błąd, ponieważ średnia maskuje produkty marżobójcze. Jeden popularny SKU może:
zjadać zysk,
być dotowany przez inne produkty,
blokować rozwój, bo pochłania budżet reklamowy i zasoby operacyjne.
Dlatego marżę realną należy liczyć:
per SKU (produkt po produkcie),
per kanał sprzedaży (osobno marketplace, osobno sklep),
per okres (np. tydzień/miesiąc, bo koszty Ads i zwrotów są dynamiczne).
To jest podejście, które pozwala szybko wykryć, które produkty finansują firmę, a które tylko „pompą obrót”.
Jeżeli produkt:
generuje wysoki obrót,
jest stale promowany,
wymaga dużego nakładu operacyjnego,
a jego marża realna spada poniżej ustalonego minimum (np. 10–15%), to nie jest to sukces sprzedażowy. To ukryty problem finansowy, który na skali zamienia się w stały dren zysku.
W skrócie: jeśli nie liczysz marży realnej per SKU i per kanał, to zarządzasz firmą na podstawie złudzeń. Brak reakcji na tym etapie prowadzi do sytuacji, w której sklep rośnie operacyjnie, ale traci finansowo – i pracuje coraz ciężej na coraz mniejszy wynik.
To fundament zdrowego e-commerce: produkty, które jednocześnie generują sprzedaż i realny zysk. W tej ćwiartce znajdują się SKU, które „niosą firmę” finansowo, bo ich rentowność rośnie wraz ze skalą. Oznacza to, że każda dodatkowa transakcja nie tylko zwiększa obrót, ale przede wszystkim dokłada zysk, który można reinwestować w rozwój.
Produkty strategiczne:
generują stabilny wynik finansowy,
skalują się wraz ze sprzedażą bez „zjadania” marży,
uzasadniają inwestycje w marketing, logistykę i dostępność,
pozwalają budować przewagę konkurencyjną bez ciągłej wojny cenowej.
Decyzje biznesowe, które mają sens w tej ćwiartce:
zabezpieczenie stanów magazynowych (żeby nie tracić sprzedaży przez braki),
priorytet w reklamach i ekspozycji (bo każda złotówka budżetu ma szansę realnie zarobić),
rozwijanie wariantów, pakietów i linii produktowych,
poprawa contentu ofert (zdjęcia, opisy, parametry) i dopracowanie procesu zakupowego.
Mini-porada: produkty strategiczne warto „opancerzyć” procesowo: kontrola dostępności, automatyzacja obsługi zamówień, priorytety w kompletacji i szybsze wysyłki. To często najszybsza droga do wzrostu zysku bez dokładania chaosu.
To najgroźniejsza grupa: produkty, które świetnie wyglądają w raportach, ale nie budują wyniku finansowego. Często są na pierwszej linii sprzedaży, generują największy wolumen, a jednocześnie są najbardziej wrażliwe na koszty reklam, prowizje i błędy operacyjne.
Produkty toksyczne zwykle:
wyglądają jak „hity” (dużo transakcji, duży obrót),
pochłaniają zasoby operacyjne (pakowanie, obsługa, zwroty),
są stale promowane w Ads, żeby utrzymać wolumen,
mają jedne z najniższych cen w ofercie,
są porównywane cenowo przez klientów i rynek.
Efekt jest przewidywalny: produkt „ciągnie” obrót, ale:
blokuje marżę,
zwiększa koszty zmienne,
generuje presję na logistykę i obsługę klienta,
często „zjada” zysk wypracowany przez inne SKU.
W praktyce bardzo często jest to SKU, które jest dotowane przez produkty strategiczne lub niszowe. Firma pracuje coraz więcej, ale nie akumuluje kapitału.
Decyzje biznesowe (konkretne i mierzalne):
podniesienie ceny lub zmiana polityki rabatowej (zamiast dokładania budżetu),
ograniczenie lub wyłączenie reklam dla tego SKU,
wykorzystanie produktu jako element bundle (z produktem wysokomarżowym),
jasne określenie roli: czy to świadomy „wabik” (traffic driver), czy błąd.
Na co uważać: najczęstszy błąd to „ratowanie” produktu toksycznego jeszcze większą reklamą. To krótkoterminowo poprawia sprzedaż, ale długoterminowo pogłębia problem, bo zwiększa koszt pozyskania klienta i obciążenie operacyjne.
Produkty niszowe sprzedają się rzadziej, ale mają wysoki zysk jednostkowy i często są odporne na wojny cenowe. Zwykle trafiają do bardziej świadomych klientów, mają mniejszą konkurencję cenową i potrafią stabilizować wynik finansowy nawet wtedy, gdy rynek „płonie” promocjami.
Typowe cechy produktów niszowych:
niższy wolumen sprzedaży,
wysoka marża realna,
mniej agresywnej konkurencji,
większa lojalność kupujących (bo wybór jest bardziej przemyślany),
często wyższa wartość koszyka (jeśli produkt jest ekspercki/specjalistyczny).
Błąd wielu sklepów polega na tym, że produkty niszowe są ignorowane, mimo że:
podnoszą średnią marżę,
stabilizują wynik finansowy,
dają przestrzeń na skalowanie bez utraty rentowności.
Decyzje biznesowe:
lepsza ekspozycja w sklepie i na listingu (żeby przestały być „ukryte”),
delikatne wsparcie reklamowe, ale z kontrolą kosztu sprzedaży,
łączenie z bestsellerami (cross-sell, upsell),
testy skalowania przy zachowaniu marży.
Mini-porada: produkty niszowe często wymagają lepszego „wytłumaczenia” wartości (opis, zastosowania, porównania, FAQ), bo klient nie kupuje ich impulsywnie. Dobrze napisany content i sensowna ekspozycja potrafią zwiększyć sprzedaż bez obniżania ceny.
To najsłabsza część oferty: produkty, które nie generują ani obrotu, ani zysku. Ich obecność zwykle nie ma uzasadnienia biznesowego, a w praktyce generuje koszt alternatywny: zajmują miejsce, komplikują procesy i rozpraszają uwagę zespołu.
Produkty z tej grupy:
nie generują sprzedaży,
nie generują zysku,
zajmują miejsce w magazynie i w systemach,
utrudniają analizę danych i zarządzanie ofertą.
Decyzje biznesowe:
wyprzedaż lub likwidacja stanów,
wycofanie z oferty,
brak dalszych inwestycji czasowych i marketingowych,
uproszczenie katalogu i skupienie się na SKU, które realnie pracują na wynik.
Typowy błąd: trzymanie takich produktów „bo kiedyś się sprzedawały” lub „bo szkoda je usuwać”. W e-commerce oferta nie może być muzeum. Jeśli SKU nie dowozi wyniku, to najczęściej blokuje zasoby, które mogłyby pracować na produkty strategiczne.
Produkty z wysokim obrotem i niską marżą generują największe koszty ukryte, bo:
robią najwięcej pracy operacyjnej,
tworzą presję na zespół (więcej pakowania, więcej kontaktu z klientem),
zwiększają koszty zmienne (reklama, prowizje, logistyka),
dają złudne poczucie sukcesu, bo raporty pokazują wzrost.
To właśnie one „robią sprzedaż”, ale nie robią pieniędzy. A gdy firma rośnie, problem eskaluje: więcej zamówień oznacza więcej operacji i kosztów, ale bez zysku trudno inwestować w procesy, automatyzację i rozwój.
Sygnał ostrzegawczy: jeśli produkt jest stale promowany, ma wysoki obrót i jednocześnie spada poniżej minimalnej marży realnej, to nie jest motor wzrostu. To hamulec rentowności.
Aby macierz była narzędziem decyzyjnym, a nie prezentacją danych historycznych:
Licz ją regularnie – minimum raz w miesiącu (w sezonie nawet co tydzień).
Opieraj ją na marży realnej, a nie katalogowej.
Rozdziel kanały sprzedaży – osobno marketplace, osobno sklep, bo koszty i prowizje są inne.
Ustal progi decyzyjne – co uznajesz za „wysoki obrót” i „bezpieczną marżę”.
Powiąż macierz z działaniami – cena, reklamy, dostępność, rola produktu w ofercie.
Dopiero wtedy sprzedaż przestaje być „ładną liczbą”, a staje się narzędziem budowania rentownego biznesu. W praktyce decyzje stają się prostsze, gdy analityka sprzedaży internetowej wspiera podejmowanie decyzji, zamiast jedynie pokazywać historię.
Po policzeniu marży realnej kolejnym krokiem jest klasyfikacja produktów, która pozwala szybko zrozumieć, które SKU budują biznes, a które go obciążają. Najprostszym i jednocześnie najbardziej skutecznym narzędziem jest macierz obrót vs marża. Macierz obrót–marża pozwala uporządkować ofertę i przestać zgadywać, które produkty są kluczowe dla wyniku. Żeby jednak takie podejście miało sens operacyjny, konieczne jest zarządzanie sprzedażą w jednym systemie, a nie w kilku rozproszonych raportach.
To narzędzie porządkuje ofertę w czterech kategoriach decyzyjnych i pozwala przejść od „patrzenia na sprzedaż” do świadomego zarządzania portfelem produktów.
Macierz opiera się na dwóch osiach:
obrót (wysoki / niski),
marża realna (wysoka / niska).
Produkty określane jako „marżobójcze” rzadko są problematyczne z jednego powodu. Najczęściej kumulują kilka ukrytych kosztów, które pojedynczo wyglądają „do przełknięcia”, ale w sumie systemowo niszczą rentowność. Co gorsza, wiele z tych kosztów nie jest widocznych w prostych raportach sprzedaży, bo nie wchodzą one do podstawowych metryk typu obrót, liczba zamówień czy średnia wartość koszyka.
W praktyce marketplace potrafią generować bardzo wysoki obrót, a jednocześnie stopniowo obciążać ofertę dodatkowymi opłatami, dopłatami logistycznymi i kosztami sprzedaży. Efekt jest prosty: realna rentowność produktu jest znacznie niższa, niż sugeruje cena sprzedaży. To właśnie dlatego produkty „dobrze sprzedające się” bywają finansowo toksyczne.
Poniżej trzy najczęstsze mechanizmy, które w e-commerce najczęściej „zjadają” marżę realną.
Pierwszym i najczęściej ignorowanym problemem jest uzależnienie sprzedaży produktu od płatnych kampanii reklamowych. Jeżeli dany produkt:
sprzedaje się głównie dzięki Ads,
bez reklamy niemal znika ze sprzedaży,
wymaga stałego podbijania stawek, aby utrzymać wolumen,
To jego marża realna jest iluzją. W praktyce oznacza to, że każda sprzedaż jest „kupowana reklamą”, a nie generowana przez przewagę oferty (cena, dostępność, content, pozycjonowanie, opinie, trafność).
Co dzieje się w takim scenariuszu:
koszt pozyskania klienta (CAC) rośnie szybciej niż cena produktu,
nawet niewielki wzrost CPC/CPM lub stawek w aukcji reklamowej potrafi wyzerować zysk,
produkt zaczyna działać jak „narkotyk budżetowy”: dopóki dokładasz reklamę, jest sprzedaż; gdy przestajesz, wynik spada.
Szczególnie niebezpieczne są produkty:
o niskiej cenie jednostkowej,
z dużą konkurencją cenową,
sprzedawane na marketplace’ach, gdzie widoczność bez Ads jest ograniczona.
Sygnał ostrzegawczy: produkt ma wysoki obrót, ale po wyłączeniu reklam sprzedaż spada niemal do zera.To oznacza, że nie kontrolujesz rentowności produktu — kontrolujesz tylko jego wolumen.
Mini-porada (jak sprawdzić to szybko):
Wyłącz Ads na 24–72 godziny dla wybranego SKU (lub mocno obniż stawki).
Zobacz, czy sprzedaż utrzymuje się choć częściowo organicznie.
Jeżeli produkt „gaśnie” — traktuj go jak SKU wysokiego ryzyka i przelicz marżę realną z dużym buforem bezpieczeństwa.
Drugim cichym zabójcą marży są zwroty i reklamacje, które bardzo często nie są wliczane w analizę produktu. W wielu firmach zwroty są raportowane ogólnie, a nie per SKU, przez co właściciel widzi obrót i sprzedaż, ale nie widzi realnego kosztu obsługi i utraty wartości towaru.
Produkty, które najczęściej generują ponadprzeciętny odsetek zwrotów, to te:
tanie i kupowane impulsywnie,
źle opisane lub źle sfotografowane (rozjazd oczekiwań vs rzeczywistość),
problematyczne jakościowo,
rozmiarowe (np. odzież, obuwie) lub o trudnych parametrach,
z dużą liczbą wariantów i pomyłek kompletacyjnych.
Każdy zwrot to realne koszty:
transport w dwie strony (w zależności od warunków sprzedaży),
ponowne przyjęcie na magazyn i kontrola stanu,
czas obsługi klienta i administracji,
często brak możliwości ponownej sprzedaży jako „nowy” (uszkodzone opakowanie, ślady użycia),
ryzyko negatywnej opinii i obniżenia wskaźników jakości.
W praktyce jeden zwrot może zjeść zysk z kilku udanych sprzedaży. Co więcej, zwroty mają efekt kaskadowy: rośnie obciążenie zespołu, wydłuża się czas reakcji, spada jakość obsługi, co generuje kolejne problemy.
Sygnał ostrzegawczy: produkt sprzedaje się dobrze, ale ma wyraźnie wyższy procent zwrotów niż średnia sklepu.To sygnał, że produkt trzeba analizować nie przez pryzmat sprzedaży, tylko przez pryzmat kosztu obsługi i ryzyka.
Jak ograniczać zwroty bez „cięcia sprzedaży” (krótko):
dopracuj opis i parametry (w tym FAQ),
dodaj zdjęcia pokazujące skalę, zastosowanie i detale,
jasno komunikuj ograniczenia i kompatybilność,
przeanalizuj przyczyny zwrotów (nie tylko procent, ale „dlaczego”),
wyłap produkty, które wracają najczęściej i mają najniższą marżę realną.
Trzecim często pomijanym czynnikiem są koszty logistyczne, które potrafią rosnąć szybciej niż cena produktu. To szczególnie ważne w e-commerce, gdzie klient oczekuje szybkiej i taniej dostawy, a marketplace’y często premiują lub wymuszają określone warunki logistyczne.
Częsty scenariusz wygląda tak:
produkt ma dobrą sprzedaż,
cena detaliczna jest relatywnie niska,
koszt wysyłki jest wysoki, zmienny lub obarczony dopłatami.
W efekcie:
darmowa dostawa „zjada” marżę,
dopłaty gabarytowe eliminują zysk,
jeden nieprzewidziany koszt logistyczny zamienia sprzedaż w stratę.
Problem nasila się przy:
sprzedaży na marketplace’ach z presją na darmową dostawę,
promocjach typu „free shipping”,
produktach ciężkich lub o niestandardowych wymiarach,
rosnącej liczbie zamówień (bo rosną też koszty pakowania i czas pracy).
Sygnał ostrzegawczy: koszt wysyłki stanowi istotny procent ceny sprzedaży i rośnie wraz z wolumenem.To oznacza, że produkt jest „wrażliwy logistycznie” i wymaga osobnej polityki cenowej lub dostaw.
Mini-porada: jeżeli koszt logistyki jest nieprzewidywalny, nie licz opłacalności „średnią” — licz ją wariantami (np. kurier vs paczkomat, różne strefy, dopłaty gabarytowe).
Ukryte koszty są groźne, bo:
nie są widoczne w prostych raportach sprzedaży,
narastają wraz ze skalą,
tworzą złudzenie „dobrze sprzedającego się produktu”.
Właściciel sklepu widzi:
rosnący obrót,
dużą liczbę zamówień,
ale nie widzi:
realnej pracy zespołu,
kosztów reklam i zwrotów,
wyniku finansowego per SKU.
Jeżeli produkt wymaga stałego wsparcia Ads, ma ponadprzeciętną liczbę zwrotów i generuje wysokie koszty logistyczne, to musi być analizowany znacznie dokładniej niż reszta oferty. W wielu przypadkach nie wystarczy „sprzedaje się dobrze” — konieczna jest decyzja o zmianie ceny, roli produktu w ofercie albo jego eliminacji.
W skrócie: marżobójcze SKU to nie „problem sprzedaży”, tylko problem rentowności i kontroli kosztów. Dopóki nie przypiszesz kosztów do produktu i kanału, będziesz podejmować decyzje na podstawie obrotu, a nie zysku.
Wykrycie produktów, które generują obrót, ale niszczą marżę, nie wymaga zaawansowanej analityki ani drogich narzędzi BI. W większości sklepów wystarczy prosty, powtarzalny proces oparty na danych sprzedażowych per SKU i podstawowych kosztach przypisanych do produktu. Kluczowe jest jedno: analiza musi być wykonana na marży realnej, a nie deklaratywnej. Jeśli liczysz „marżę z cennika”, to otrzymasz wyniki, które wyglądają dobrze na papierze, ale nie przekładają się na wynik finansowy.
Przy większej liczbie produktów ręczne liczenie marży przestaje być skalowalne. W takich przypadkach ogromną przewagę daje uporządkowanie danych w jednym miejscu (sprzedaż, koszty, kanały, statusy zamówień), bo wtedy analiza nie jest jednorazową akcją „na ratunek”, tylko stałym elementem kontroli rentowności.
Poniżej najprostszy i jednocześnie skuteczny schemat działania, który możesz wdrożyć nawet dziś.
Zacznij od wyeksportowania danych sprzedażowych z miejsca, w którym masz najbardziej kompletne informacje:
systemu sklepowego,
systemu do zarządzania zamówieniami (np. BaseLinker),
Allegro / Amazon / innych marketplace,
ERP.
Zakres czasu:
30 dni – szybka diagnostyka bieżących problemów (idealna, gdy czujesz spadek zysku),
60–90 dni – stabilniejszy obraz trendów i wpływu zwrotów (bardziej wiarygodne w sezonowości).
Dla każdego SKU potrzebujesz minimum:
liczby sprzedanych sztuk,
obrotu brutto,
kanału sprzedaży (bo koszty są inne w zależności od kanału).
W skrócie: krótszy okres daje szybkość reakcji, dłuższy okres daje większą wiarygodność. Jeżeli masz sezon lub intensywne kampanie, 60–90 dni zwykle pokazuje prawdziwy obraz.
Standardowe raporty sprzedaży są niewystarczające, bo pokazują tylko „co się sprzedało”, a nie „co zarobiło”. Dlatego do arkusza musisz dodać kolumny kosztowe przypisane bezpośrednio do SKU.
Minimalny zestaw kolumn (wersja praktyczna):
marża brutto = cena sprzedaży – koszt zakupu,
koszt reklamy (Ads) przypisany do SKU (kampanie produktowe, oferty sponsorowane, PLA),
koszt wysyłki i pakowania (kurier, opakowanie, dopłaty gabarytowe, robocizna),
liczba i koszt zwrotów/reklamacji (transport, obsługa, utrata wartości towaru),
rabaty / kupony / promocje (jeśli są częścią strategii sprzedaży).
Na tym etapie wiele firm odkrywa, że dane o kosztach są rozproszone (część w marketplace, część w panelu reklamowym, część w logistyce). To normalne. Celem nie jest perfekcja, tylko realny obraz, który pozwala podjąć decyzję.
Najczęstszy błąd: pominięcie kosztu pakowania i zwrotów „bo to przecież drobiazg”. W skali miesiąca to właśnie te „drobiazgi” potrafią zjeść całą marżę.
Na podstawie zebranych danych liczysz dwa kluczowe wskaźniki, które od razu pokazują, gdzie jest problem.
Marża realna per SKU = marża brutto – koszt reklamy – koszt wysyłki i pakowania – koszt zwrotów i reklamacji – rabaty / kupony
Zysk netto per SKU (w skali okresu)= marża realna × liczba sprzedanych sztuk
To moment, w którym:
„bestsellery” zaczynają wyglądać inaczej niż w raporcie obrotu,
produkty o niskiej sprzedaży często okazują się bardziej rentowne,
pojawiają się pierwsze czerwone flagi: wysoki obrót, niski zysk, duże koszty Ads lub zwrotów.
Szybka interpretacja: marża realna mówi, czy produkt „ma sens” jednostkowo, a zysk netto per SKU pokazuje, ile ten produkt realnie wnosi do wyniku firmy w skali miesiąca/kwartału.
Żeby szybko wyłapać problematyczne SKU, zrób dwa sortowania:
Sortowanie malejąco po obrocie - Na górze listy masz produkty, które „ciągną sprzedaż” i generują wolumen.
Sortowanie rosnąco po marży realnej - Na dole listy masz produkty, które generują najmniejszy zysk lub stratę.
Kluczowe jest połączenie tych perspektyw: produkt może być wysoko w obrocie, ale jednocześnie nisko w marży realnej. I to jest dokładnie ten przypadek, który w praktyce niszczy wynik.
Mini-porada: dodaj filtr „Top 20 po obrocie” i sprawdź, ile z tych produktów ma marżę realną poniżej Twojego minimum (np. 10–15%). To często daje 80% odpowiedzi w 10 minut.
Produkty, które:
są wysoko pod względem obrotu,
a jednocześnie nisko pod względem marży realnej,
To Twoja lista alarmowa. To właśnie te SKU są najczęściej:
intensywnie promowane,
w najniższej cenie w ofercie,
najbardziej wrażliwe na wzrost CPC i prowizji,
obciążone kosztami logistyki i zwrotów.
To na nich:
tracisz najwięcej pieniędzy w skali miesiąca,
zużywasz najwięcej zasobów operacyjnych,
masz największy potencjał poprawy wyniku bez zwiększania sprzedaży.
W skrócie: lista alarmowa to nie lista produktów „do usunięcia”. To lista produktów „do decyzji”.
Dla każdego produktu z listy alarmowej odpowiedz na pytania, które prowadzą do konkretnej decyzji:
Czy cena jest zbyt niska w stosunku do kosztów (prowizje, logistyka, Ads)?
Czy reklamy są rzeczywiście niezbędne, czy tylko maskują słabą ofertę?
Czy produkt może być elementem pakietu (bundle) zamiast sprzedawany solo?
Czy pełni świadomą rolę „wabika” (traffic driver), czy jest niekontrolowanym błędem?
Czy problem wynika z kanału (np. marketplace), a nie z produktu jako takiego?
Na co uważać: najczęstszy błąd to brak decyzji. Wiele firm widzi, że produkt jest nierentowny, ale dalej go promuje „bo się sprzedaje”. To jest dokładnie mechanizm, który prowadzi do wzrostu operacyjnego i spadku finansowego.
Czy da się to zrobić bez BI i automatyzacji? - Tak. Wystarczy Excel/Sheets i eksport per SKU. Ważniejsze od narzędzia jest to, czy liczysz marżę realną.
Jak często robić taką analizę? - Minimum raz w miesiącu. Jeśli masz agresywne kampanie lub sezon, rób ją co tydzień dla topowych SKU.
Co jeśli nie mam pełnych danych kosztowych? - Licz na przybliżeniach i uzupełniaj z czasem. Najgorsze jest nie liczyć wcale.
Cały proces:
da się wykonać w 1–2 godziny,
nie wymaga zaawansowanych narzędzi,
daje natychmiastowy efekt decyzyjny.
Jeżeli nie masz takiej listy alarmowej, to w praktyce nie zarządzasz marżą – tylko reagujesz na sprzedaż. A to oznacza, że Twoje decyzje są oparte na obrocie i „ruchu”, a nie na realnym wyniku finansowym per SKU i per kanał.
Identyfikacja produktów marżobójczych to dopiero połowa pracy. Kluczowe pytanie brzmi: co dalej. Wbrew pozorom eliminacja nie zawsze jest najlepszym rozwiązaniem. Część produktów da się „uzdrowić”, część warto wykorzystać strategicznie, a tylko część faktycznie powinna zniknąć z oferty. Różnica między firmą, która ma wysoką sprzedaż, a firmą, która ma rentowną sprzedaż, polega na tym, że podejmuje decyzje na podstawie danych per SKU, a nie intuicji.
Każda decyzja – podniesienie ceny, ograniczenie Ads czy zbudowanie pakietu – powinna wynikać z liczb i mieć jasno określony cel: podniesienie marży realnej, obniżenie kosztu sprzedaży lub zmniejszenie obciążenia operacyjnego. Bez jasnych zasad ustalania ceny produktu łatwo utrzymać wolumen kosztem zysku, szczególnie w kanałach, gdzie presja cenowa i koszty sprzedaży (prowizje, dostawa, reklama) rosną wraz ze skalą.
Poniżej cztery najczęstsze i najbardziej skuteczne scenariusze działania, które możesz wdrożyć jako stały „playbook” dla SKU z listy alarmowej.
Pierwszą i najtańszą decyzją jest korekta ceny. W wielu sklepach ceny są historycznie zaniżone:
z obawy przed spadkiem sprzedaży,
z powodu wojny cenowej,
z przyzwyczajenia do „bestsellera”,
przez brak aktualizacji po wzroście kosztów (reklama, logistyka, prowizje).
Tymczasem podwyżka o 5–10% często:
znacząco poprawia marżę realną,
minimalnie wpływa na wolumen,
poprawia wynik całej kategorii, bo podnosi „podłogę” cenową.
Podnieś cenę tylko w jednym kanale (np. marketplace albo sklep własny).
Testuj przez 7–14 dni, bez równoczesnych dużych zmian w Ads (żeby nie mieszać sygnałów).
Obserwuj jednocześnie:
marżę realną,
liczbę zamówień,
zysk netto per SKU,
wartość koszyka (czy klienci dobierają dodatki).
Jeżeli sprzedaż spada nieznacznie, a zysk rośnie – decyzja broni się sama. Jeżeli wolumen spada mocno, masz jasny sygnał: produkt jest „cenowrażliwy” i wymaga innej strategii (pakiet, ograniczenie Ads, zmiana roli).
Typowy błąd: podniesienie ceny i jednoczesne zwiększenie rabatów lub kuponów „żeby nie bolało”. To często zeruje efekt i utrzymuje iluzję, że cena wzrosła.
Wiele produktów jest promowanych „z automatu”, bez pytania, czy reklama w ogóle się opłaca. Jeśli:
większość sprzedaży pochodzi z Ads,
koszt reklamy zjada marżę,
produkt bez Ads nadal się sprzedaje (choć wolniej),
to ograniczenie reklam może:
poprawić rentowność natychmiast,
zmniejszyć presję kosztową,
ujawnić realny popyt organiczny.
Reguła decyzyjna: jeżeli Ads nie generują zysku per SKU, to reklama nie skaluje sprzedaży, tylko pompuje obrót bez zysku. W takim układzie najlepiej:
obniżyć stawki,
zawęzić targetowanie do najbardziej opłacalnych segmentów,
odciąć kampanie, które dowożą wolumen, ale nie dowożą wyniku.
W przypadku Allegro szczególnie ważne jest, aby optymalizacja reklam była prowadzona pod realny zysk, a nie wyłącznie pod ROAS czy liczbę transakcji. ROAS może wyglądać dobrze, a produkt nadal może być na granicy opłacalności, gdy doliczysz prowizje, dostawę, zwroty i dopłaty.
Na co uważać: nie wyłączaj wszystkich kampanii naraz dla całej kategorii. Zmieniaj po jednym SKU lub grupie, żeby mieć czytelny wniosek przyczynowo-skutkowy.
Jeżeli produkt jest niskomarżowy, ale:
dobrze się sprzedaje,
ma dużą rozpoznawalność,
jest często wybierany,
Warto zmienić sposób jego sprzedaży, a nie sam produkt. To jedna z najskuteczniejszych metod „leczenia” marżobójców, bo poprawia ekonomię koszyka, a nie wymaga walki o cenę.
Najczęstsze strategie:
bundle z dodatkiem o wysokiej marży (akcesorium, wkład, serwis, rozszerzenie),
pakiety sezonowe/tematyczne (np. zestawy startowe, zestawy uzupełniające),
cross-sell w koszyku i na karcie produktu (dodatki komplementarne),
upsell do wariantu premium (wyższa marża i wyższa wartość koszyka).
Efekt:
rośnie średnia wartość koszyka,
koszt Ads rozkłada się na więcej produktów,
niskomarżowy SKU przestaje być problemem, bo „otwiera” sprzedaż dla marżowych dodatków.
Szybki test: jeżeli produkt jest hitem, zacznij od jednego prostego dodatku o wysokiej marży i mierzalnym popycie. Jeżeli cross-sell nie działa, nie buduj dużych pakietów – to sygnał, że produkt jest „samowystarczalny” i potrzebuje innej decyzji (cena, Ads, rola).
Niektóre produkty mogą pozostać niskomarżowe, ale wyłącznie wtedy, gdy pełnią jasno zdefiniowaną funkcję strategiczną. Produkt-wabik ma sens tylko, jeśli:
realnie zwiększa wartość koszyka,
prowadzi do sprzedaży droższych produktów,
buduje bazę klientów (pierwszy zakup),
obniża koszt pozyskania klienta w długim terminie (LTV rośnie szybciej niż CAC).
Kluczowe słowo to świadoma decyzja. Produkt nie może być:
niskomarżowy „bo tak wyszło”,
stale promowany bez kontroli,
dotowany bez mierzalnego efektu.
Minimalne warunki, żeby „wabik” był uzasadniony:
ustalony limit budżetu i minimalny próg marży realnej (nawet jeśli niski),
mierzenie dosprzedaży (cross-sell) i powrotów klienta,
jasna rola w ofercie (np. „produkt wejściowy” do kategorii).
Jeżeli nie potrafisz odpowiedzieć, jaką konkretną korzyść biznesową daje, to nie jest wabik – to problem.
Eliminacja powinna być ostatecznością, ale czasem jest konieczna, gdy produkt:
ma niski obrót i niską marżę realną,
generuje wysokie koszty operacyjne (zwroty, reklamacje, pakowanie),
nie pasuje do struktury oferty i nie ma sensownej roli,
blokuje uwagę zespołu i budżet reklamowy.
Usunięcie takich SKU:
upraszcza zarządzanie,
poprawia czytelność oferty,
zwiększa fokus na produktach rentownych,
uwalnia miejsce w magazynie i w procesach.
Najczęstszy błąd: trzymanie SKU „żeby coś było w kategorii”. Jeżeli produkt nie pracuje na wynik i generuje koszty, to w praktyce jest podatkiem od chaosu.
Produkty, które niszczą marżę, wymagają:
decyzji, nie wymówek,
testów, nie intuicji,
jasno zdefiniowanej roli w ofercie.
Każdy SKU powinien mieć odpowiedź na pytanie: „Dlaczego ten produkt jest w mojej ofercie i jak zarabia na siebie?”Jeśli odpowiedzi brak – decyzja powinna być oczywista.
W e-commerce bardzo łatwo wpaść w pułapkę „dobrych liczb”. Rosnący obrót, coraz więcej zamówień i rosnący wolumen sprzedaży mogą sprawiać wrażenie zdrowego, skalującego się biznesu. Problem polega na tym, że obrót sam w sobie nie finansuje rozwoju. Finansuje go wyłącznie zysk – czyli pieniądz, który realnie zostaje po kosztach reklamy, prowizjach, logistyce, zwrotach i pracy operacyjnej.
Dopiero połączenie marży realnej, sensownych narzędzi, dopiętych procesów i automatyzacji sprawia, że sprzedaż staje się przewidywalna. W praktyce oznacza to skuteczne zarządzanie sprzedażą online zamiast reagowania na wyniki z opóźnieniem.
Sklep może:
podwajać sprzedaż rok do roku,
obsługiwać coraz więcej zamówień,
inwestować coraz większe budżety w reklamy,
a jednocześnie:
nie generować nadwyżki finansowej,
nie mieć środków na rozwój,
działać na granicy opłacalności.
To nie jest wzrost. To operacyjne przeciążenie bez efektu finansowego: więcej paczek, więcej pracy, więcej kosztów zmiennych – a wynik stoi w miejscu.
Rentowność nie jest „ładnym wskaźnikiem dla księgowego”. W e-commerce jest:
miernikiem bezpieczeństwa (czy firma jest odporna na wahania kosztów),
buforem na błędy (logistyka, reklamacje, skoki stawek reklamowych),
paliwem do skalowania (bo to z zysku finansujesz marketing, zespół i rozwój).
Tylko produkty z dodatnią, stabilną marżą realną:
finansują marketing bez przepalania budżetu,
pozwalają zatrudniać ludzi i budować procesy,
umożliwiają rozwój oferty i testy nowych SKU,
amortyzują błędy logistyczne i reklamacyjne.
Produkty, które jedynie generują obrót:
zajmują czas zespołu,
blokują kapitał w towarze i operacjach,
zwiększają ryzyko operacyjne,
często „wyglądają dobrze” w raportach, ale nie budują wyniku.
W skrócie: obrót to wskaźnik aktywności. Rentowność to wskaźnik jakości biznesu.
Analiza marży realnej nie jest jednorazowym projektem. To proces, który powinien być:
cykliczny,
oparty na danych per SKU i per kanał,
powiązany bezpośrednio z decyzjami cenowymi, reklamowymi i asortymentowymi.
W praktyce dobrze działa prosty rytm zarządczy:
raz w miesiącu identyfikujesz produkty marżobójcze i aktualizujesz listę alarmową,
raz na kwartał podejmujesz decyzje strategiczne (rola produktu w ofercie, struktura cen, priorytety kanałów),
na bieżąco kontrolujesz, czy obrót przekłada się na zysk i czy koszty nie „pełzają” w górę.
Brak tej analizy oznacza, że biznes:
reaguje na wyniki sprzedaży po fakcie,
zamiast nimi zarządzać w czasie rzeczywistym.
Najczęstszy błąd: firma analizuje sprzedaż i kampanie, ale nie ma stałego przeglądu rentowności per SKU. Wtedy decyzje są spóźnione, a korekty cen i budżetów przychodzą dopiero wtedy, gdy problem widać w gotówce.
Największa zmiana nie jest technologiczna, tylko mentalna. Chodzi o przejście:
z myślenia „co się sprzedaje”,
na myślenie „co na mnie pracuje”.
Jeżeli nie wiesz:
które produkty realnie zarabiają,
które są dotowane przez inne,
które tylko poprawiają statystyki obrotu,
To decyzje cenowe, reklamowe i asortymentowe są oparte na intuicji, a nie na zarządzaniu. A intuicja w e-commerce zwykle przegrywa z prowizjami, kosztami reklamy i logistyką.
Na co uważać: jeśli w Twojej firmie „wzrost” oznacza głównie większy chaos operacyjny, więcej gaszenia pożarów i napięcie w płynności – to najczęściej sygnał, że rentowność nie jest centrum decyzyjnym.
Sprzedaż zaczyna działać jak system, a nie jak „ciąg akcji ratunkowych”, gdy:
znasz marżę realną kluczowych SKU (i jej wahania),
rozumiesz rolę produktów w ofercie (strategiczne, niszowe, wabiki, do eliminacji),
podejmujesz decyzje na podstawie danych, nie na podstawie obrotu,
masz procesy i narzędzia, które pozwalają kontrolować koszty i jakość operacji.
Wtedy sklep przestaje być „maszyną do realizacji zamówień”, a zaczyna być przewidywalnym, skalowalnym biznesem.